Dlaczego Karen Blixen nie dostała literackiego Nobla?

Cats: poeta salvatore quasimodo, salvatore quasimodo, karen blixen, john steinbeck, eyvind johnson, politiken, graham greene, riis, akademik, wydawnictwa, krok, tego, pod, od|
Duńska pisarka Karen Blixen była o krok od zdobycia Literackiej Nagrody Nobla w 1959 roku. Akademia Szwedzka zrezygnowała jednak z nagrodzenia pisarki obawiając się, że zbyt wielu autorów skandynawskich otrzymało to wyróżnienie. W 1959 roku Blixen była pewną kandydatką do Literackiej Nagrody Nobla. Jej konkurentami byli Graham Greene i John Steinbeck. Jednak okazało się, że to nie jej dorobek literacki, a narodowość działa na jej niekorzyść. Chociaż pisarka miała poparcie Akademii Szwedzkiej, akademicy zdecydowali, że nagroda powędruje w inne ręce. Akademik Anders Österling napisał, że Blixen zasługuje na Literacką Nagrodę Nobla i powinna ją otrzymać bez żadnych opóźnień. Pod jego wnioskiem podpisali się kolejni dwaj członkowie Akademii. Jednak szwedzki pisarz Eyvind Johnson uznał, że laureatem powinien zostać włoski poeta Salvatore Quasimodo, ponieważ Skandynawowie zdobywali Literacką Nagrodę Nobla najczęściej. Karen Blixen nigdy nie otrzymała tego najwyższego literackiego wyróżnienia. Zmarła w wieku 77 lat w 1962 roku. Eyvind Johnson został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla w 1974 roku. - Akademia Szwedzka chciała prawdopodobnie uniknąć oskarżeń o prowincjonalizm. I w ten sposób popełniono oczywisty błąd #8211; skomentował sprawę Johannes Riis z wydawnictwa Gyldendals w wywiadzie dla #8222;Politiken#8221;.

Iwaszkiewicza życie uczuciowe

Cats: jurek, lektury, dziennik, choroby, opowiadania, marca, romans, moje, zdrowie, tego|
Drugi tom Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, który ukaże się 1 marca, w ogromnej części poświęcony jest ostatniej wielkiej miłości pisarza do Jerzego Błeszczyńskiego. - Nikt chyba w polskiej literaturze nie pisał tak otwarcie i osobiście o homoseksualizmie - powiedziała jedna z redaktorek tomu Agnieszka Papieska. Równolegle do drugiego tomu Dziennika ukazał się tom listów Iwaszkiewicza do córek, którego czytelnicy mogą poznać atmosferę Stawiska, pełen miłości i akceptacji stosunek pisarza do Marysi i Teresy, jego życie rodzinne. Drugi tom Dziennika pokazuje inną stronę życia pisarza #8211; jego głównym punktem ciężkości jest życie miłosne Iwaszkiewicza, który w wieku 62 lat przeżywa #8222;największą, ostatnią miłość swojego życia#8221; do młodszego o kilkanaście lat, chorego na gruźlicę Jerzego Błeszyńskiego. Na początku znajomości zdrowie ukochanego pozwala jeszcze na wspólne podróże #8211; do Sandomierza, Rabki, do Kopenhagi. Stary pisarz przeżywa męki zazdrości, gdy Jerzy angażuje się w związek z kobietą, sam przyznaje, że jak pensjonarka czeka na listy, telefony. W trakcie lektury drugiego tomu Dzienników czytelnik jest świadkiem, jak romans zamienia się w tragedię. Jurek jest coraz bardziej chory, w 1957 roku dla Iwaszkiewicza staje się jasne, że on nie wyzdrowieje. #8222;Trochę mi wstyd tego, że ten dziennik zamienił się całkowicie w dziennik o Jurku, że wciąż powracam do niego. Ale to ponad moje siły pisać teraz o czym innym w dzienniku. O czym innym to ja piszę do druku#8221; - notuje Iwaszkiewicz 20 lutego 1959 roku, obok naturalistycznych opisów kolejnych stadiów choroby. Jerzy umiera 28 maja 1959 roku, a jego odejście staje się swego rodzaju cezurą w życiu pisarza, który zaczyna coraz częściej rozmyślać o własnej śmiertelności. Jednocześnie Iwaszkiewicz z pewną satysfakcją obserwuje siebie samego jako pisarza, który nawet największy dramat potrafi przekształcić w materię literatury. Śmierć Jerzego zainspirowała powstanie opowiadania #8211; Kochankowie z Marony. - W polskiej literaturze nikt chyba nie pisał w owym czasie tak otwarcie o homoseksualizmie. Mam wrażenie, że ten tom dziennika wymaga od widza wielkiej delikatności w odbiorze. Obawiam się nieco, że przekaz Iwaszkiewicza może zostać zwulgaryzowany, sprowadzony do warstwy #8222;skandaliku#8221; obyczajowego. Tymczasem właśnie ten tom pokazuje jak skomplikowaną osobowością był autor Brzeziny #8211; powiedziała Papieska. - Iwaszkiewicz wspomina, że chciałby umieścić w literaturze homoseksualną scenę erotyczną, taką jak u Gide'a czy Geneta, ale w latach 60. w Polsce wywołałoby to skandal. Dziennik jest dla niego przestrzenią, gdzie może być sobą, pisać prawdę - podkreśla Papieska. O niezrozumieniu, wulgaryzacji miłości homoseksualnej Iwaszkiewicz pisze z goryczą: 7 stycznia 1958: #8222;Jakież szczęście, że mogłem mu dać tyle i że on mógł mi dać tyle. Dancingi w Tivoli i ucieczka wśród gasnących lampionów - jakież to piękne. I nikt tego nie rozumie, tej radości i tego szczęścia. Wszyscy myślą, że to polega na rżnięciu w dupę!#8221;. Iwaszkiewicz podkreśla, że fascynacje homoseksualne nigdy nie były dla niego konkurencją wobec miłości do żony i córek, że nigdy nikogo nie oszukiwał. #8222;Hania oczywiście wiedziała (i to nie z plotek, ale z moich ust), kogo poślubia#8221; - wspomina Iwaszkiewicz. Pisarz widzi swoje małżeństwo, które w 1956 roku trwa już ponad 30 lat, jako bardzo szczęśliwe, nawet pomimo koszmaru, jakim był wybuch choroby psychicznej u Anny Iwaszkiwiczowej w 1936 roku. Iwaszkiewicz uważa się za dobrego męża, który cały czas wspierał żonę w chorobie, opiekował się nią troskliwie. Drugi z trzech tomów dziennika Iwaszkiewicza obejmuje zapiski z lat 1956 - 1962. To okres, gdy rzeczywistość PRL-u zmieniała się bardzo szybko. Październikową odwilż 1956 roku Iwaszkiewicz przeżywa bardzo osobiście, z napięciem śledzi rozwój wydarzeń na Węgrzech, zastanawia się nad genezą swojego politycznego #8222;zaślepienia#8221;. Jako prezes Związku Literatów Polskich uczestniczy w zebraniach, wiele podróżuje - przede wszystkim do ukochanych Włoch, ale także do Moskwy, biesiaduje z Chruszczowem i Sartrem, obraca się w kręgach intelektualistów i władzy. W II tomie Dzienników polityka schodzi na nieco dalszy plan wobec przeżyć osobistych. - Iwaszkiewicz, jak wielu poetów, cierpiał na pewien rodzaj politycznej naiwności. Z całą pewnością narazi się wielu czytelnikom swoimi wyznaniami na temat Bieruta, na którym się chyba nie poznał. Kwestie polityki nie były dla niego sprawą życia i śmierci, doraźne sytuacje polityczne postrzegał jako przemijające, z perspektywy twórczości - wręcz mało ważne - dodała Papieska. Drugi tom Dziennika Iwaszkiewicza ukaże się 1 marca nakładem wydawnictwa Czytelnik.

Profesor Langdon rozgryza masonów

Cats: csem, renegat, myka, stro, stolica, cliffhanger, rabia, noga, elit, muzeum, smithsonian, da vinci, sobie, dana, tego, od|
Tych, którzy tak jak ja zarwali noc na Kod da Vinci czy Anioły i demony, śpieszę zapewnić, że najnowszą powieść Dana Browna także zamyka się niechętnie i gdy już świta Zgodnie z formułą Dana Browna, której nikomu chyba nie udało się jeszcze dobrze zaimitować, główna akcja dzieje się w ciągu już nawet nie jednej doby, ale jednej nocy. Z tym że tłem akcji nie jest Rzym ani Paryż, tylko amerykańska stolica. Okazuje się jednak, że muzeum Smithsonian czy nawet siedziba Kongresu kryją w sobie dość architektonicznych łamigłówek i sekretnych korytarzy, żeby zmontować z tego typowy brownowski pościg za ukrytym skarbem. Narracja podzielona jest na kilka równoległych wątków - śledzimy profesora Langdona, najwybitniejszego, bo jedynego symbologa na świecie, ale też inne postacie oraz przede wszystkim złoczyńcę. Tym razem jest nim masoński renegat: osoba wiedząca podejrzanie dużo o tajnej organizacji, której historia nierozerwalnie związana jest z historią amerykańskiej demokracji. Grozi ujawnieniem masońskich powiązań waszyngtońskich elit, co wywołałoby polityczne trzęsienie ziemi. Jednocześnie sam chce dotrzeć do najpilniej strzeżonego sekretu masonów - tytułowego zaginionego symbolu - bo wierzy, że da mu to nadludzkie siły. Brown prowadzi każdy z tych wątków tak, żeby zawierał cliffhanger, czyli moment, w którym może nastąpić zasadniczy zwrot akcji. Czy profesor Langon zginie? Czy zbrodniarzowi powinie się noga? Nawet jeśli domyślamy się, że akurat trochę za wcześnie na radykalne rozwiązania (bo o czym Brown pisałby wtedy przez następne kilkaset stron?), ciekawość pożera nas i tak. A tymczasem pisarz, zamiast od razu przejść do dalszego ciągu, wrzuca retrospektywę sprzed wielu lat albo nadrabia zaległości w równoległym wątku. Czytamy więc cierpliwie, nie mogąc się doczekać kontynuacji wątku przerwanego w najciekawszym momencie. Nim do niej dojdziemy, Brown sprytnie podrzuci kolejne cliffhangery gdzie indziej. I tak strona po stronie, aż człowiek odkrywa, że już nawet nie ma po co nastawiać budzika. Na tym zalety tej powieści się kończą. Oczywiście to tak, jakby napisać o ciężarówce, że jej zalety kończą się na tanim przewożeniu dużych ilości towarów. Nikogo nie zamierzam odwodzić od czytania. Tym razem jednak Dan Brown wchodzi w obszar wiedzy, który z grubsza pokrywa się z moim wykształceniem - w nauki ścisłe. Nagle odkryłem, jak się mógł czuć zawodowy historyk czytający Kod Lenoarda da Vinci. Przyznaję, chwilami przez głupotę tej książki aż traciłem zainteresowanie walką profesora Langdona z tajemniczym Mal'akhem, który przeniknąwszy masońskie sekrety, chce zniszczyć amerykańską demokrację. Miałem niedawno możliwość zapytania o to wprost samego Dana Browna, więc teraz już niemal na pewno wiem, że on szczerze wierzy w opisywane przez siebie teorie. Tym razem uwierzył w noetykę, kolejną próbę nadania parapsychologii ram pseudonaukowych. Noetyka próbuje zmierzyć, czy siłą woli możemy zmienić wskazania fizycznych przyrządów albo czy można udowodnić, że mamy nieśmiertelną duszę. Tym dla instytutu założonego pewnego astronautę (naprawdę) zajmuje się Katherine Solomon (to dzięki niej Langdon znów będzie mieć u swojego boku atrakcyjną badaczkę z innej dziedziny, żeby oboje mogli sobie fachowymi pogawędkami skracać wędrówki po mrocznych korytarzach). Katherine Solomon udowodniła istnienie duszy nieśmiertelnej, ważąc umierającego człowieka na niezwykle precyzyjnej wadze (Można na niej zważyć przedmioty o masie kilku mikrogramów - mówi). Tuż po śmierci waga ciała zmieniła się o ułamek grama - ergo, tyle ważyła dusza. A ja przypomniałem sobie wtedy asystenta z pracowni analizy ilościowej, który zrobił wrażenie na studentach drugiego roku prostym eksperymentem dydaktycznym: zważył na precyzyjnej wadze monetę, a potem wytarł ją połą fartucha i zważył ponownie. Różnica sięgała miligrama. Nauka dla studentów była taka: powietrze wokół nas zawiera wilgoć, a nasze palce są mokre i zatłuszczone. Jeśli masz się posługiwać precyzyjną wagą mierzącą piąte miejsce po przecinku, musisz odciąć próbkę od źródeł wilgoci. Dotkniesz jej ręką, a już zmieni masę. Dlatego eksperymenty polegające na ważeniu próbki będącej żywą istotą po prostu nie mają sensu. Z przykrością stwierdziłem więc, że dr Salomon zostałaby wyrzucona za drzwi podczas wstępnego kolokwium. Osobę robiącą takie eksperymenty trzeba trzymać z daleka od wagi laboratoryjnej, bo ją zapewne zepsuje, radośnie nieświadoma, jak groźny może być sam jej oddech czy dotyk. Podobnie jest z innym ulubionym dowodem noetyków na istnienie tzw. globalnej świadomości: utrzymują oni generatory liczb losowych, które podobno stają się mniej losowe, gdy ma miejsce jakieś ważkie wydarzenie - zamachy 11 września, tsunami w Azji czy śmierć księżnej Diany. Popularnonaukowy publicysta i redaktor serwisu Skeptic News Wally Hartshorn zauważył jednak, że nie wiedzieć czemu generatory nie wykryły tureckiego trzęsienia ziemi z 1999 r., choć przyniosło ono więcej ofiar niż 11 września. Wygląda na to, że noetyczne generatory wykrywają tylko te katastrofy, które są spektakularnie nagłośnione w mediach - dlatego śmierć księżnej Diany daje mocniejszy odczyt niż tysiące ofiar ludobójstwa w Darfurze. Czy to więc miernik globalnej świadomości, czy cennik czasu reklamowego w telewizji? No dobrze - ponarzekałem sobie, ale nie ulega wątpliwości, że rzucę się na następną powieść Dana Browna i oczywiście pójdę na film, w którym tych bzdur o globalnej świadomości będzie wysłuchiwać Tom Hanks. Mam tylko nadzieję, że kolejna dziewczyna Langdona będzie się specjalizować w czymś, o czym mam równie blade pojęcie, co o średniowiecznej Francji.
Powered by Wordpress | Wordpress themes |Created by miloIIIIVII | Entries RSS | Comments RSS