Feb 03
O gejach na deskach Teatru Miejskiego w Gdyni
Cats: |
Pierwsza premiera Teatru Miejskiego w Gdyni poświęcona zostanie tematyce gejowskiej. Reżyserii, wbrew wcześniejszym deklaracjom, podjął się dyrektor teatru, Ingmar Villqist.
Pierwsza premiera Teatru Miejskiego w Gdyni poświęcona zostanie tematyce gejowskiej. Reżyserii, wbrew wcześniejszym deklaracjom, podjął się dyrektor teatru, Ingmar Villqist.
Co mieszkańcy Gdańska wiedzą o autorze Blaszanego Bębenka? Okaże się już 29 stycznia, kiedy to w Gdańskiej Galerii Güntera Grassa zaprezentowanych zostanie kilkanaście grafik noblisty oraz wyniki projektu badawczego PGR ART.
Uwaga: nie chodzi tutaj o aktora znanego z seriali. Artur Żmijewski to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów, od kilku lat konsekwentnie dążący do aktywnego udziału sztuki we współczesnej debacie społecznej.
Cotton Touch, debiutancki album zespołu Kyst, robi ogromne wrażenie. Nie dość, że zaskakuje gamą interesujących muzycznych pomysłów, to jeszcze imponuje tym, że stworzyli go muzycy, którzy dopiero co wkroczyli w wiek dojrzałości.
Ci, którzy na widok abstrakcyjnego obrazu wołają: No i co to ma być, przecież moja czteroletnia córka lepiej maluje!, koniecznie powinni wybrać się do Pałacu Opatów. Prezentowana tam wystawa pokazuje, jaką ewolucję przeszedł ten gatunek oraz jak różnorodne i fascynujące formy przybierał w jej trakcie.
Nowy spektakl Teatru Miejskiego to kolejna próba wprowadzenia trudnego repertuaru tego teatru i ponownie efekt nie jest zadowalający. Dlaczego?
Nie będziesz miał problemu z pomyleniem klatki schodowej, a wchodzenie do niej będzie znacznie przyjemniejsze. Wiatrołapy bloków na Zaspie mają być niepowtarzalne w skali kraju. Zamiast gryzmołów i pseudograffiti, pojawią się na nich prace artystów. Sami będziecie mogli je wybrać w naszym portalu.
Listy Jarosława Iwaszkiewicza do jego córek Marii i Teresy dają wgląd w życie rodzinne pisarza, który był czułym i troskliwym ojcem. Listy obejmujące lata 1926-1980 trafiły właśnie do księgarń.
Listy do córek Iwaszkiewcza były pisane od wczesnego dzieciństwa dziewczynek niemal do śmierci pisarza. Listy do starszej z córek, Marysi, były już wcześniej częściowo publikowane w prasie, zupełną nowością jest zbiór listów do młodszej - Teresy. W latach 20. i 30., gdy dziewczynki były jeszcze małe, Iwaszkiewicz pisywał do nich ze swoich zagranicznych wojaży i z Kopenhagi, gdzie pracował jako dyplomata.
W tych najwcześniejszych listach Iwaszkiewicz opisuje świat tak, aby dziecko mogło przeczytać tę relację z zainteresowaniem. Motywem przewijającym się przez te wczesne listy są piękne opisy kotów i ich zachowań - m.in. Busi, ulubienicy pisarza na placówce dyplomatycznej w Danii, jest nawet relacja z wystawy kotów. Zwierzęta, jak wynika z listów, zajmowały w życiu Iwaszkiewiczów ważne miejsce, na Stawisku zawsze pełno było psów i kotów. U nas w rodzinie mówiło się, że pies ma zawsze rację - wspomina Teresa i ten ciepły stosunek do czworonogów przeniknął do iwaszkiewiczowskich listów.
Do Marysi, wówczas 9-letniej, skierowane są listy pisane podczas choroby psychicznej Anny Iwaszkiewiczowej, w których pisarz usiłuje przekazać dzieciom otuchę i przekonanie, że życie rodzinne wróci jeszcze do normy. Kiedy matka chorowała dziewczynki wysłano na kilka miesięcy do rodziny w Warszawie.
Starsza córka jest także adresatką dużego bloku listów pisanych pod koniec okupacji, jesienią 1944 i zimą 1945 roku. Marysia zamieszkała wtedy na kilka miesięcy w Rabce, gdzie trochę za wcześnie w stosunku do daty ślubu przyszedł na świat jej pierwszy syn - Maciej Włodek. Wyjazd do Rabki miał wyciszyć plotki. Z listów wynika, że Iwaszkiewicz łagodził w tym okresie relacje córki z tradycyjnie usposobioną rodziną, dodawał otuchy młodej matce, choć niepokoił się też o jej przyszłość.
Podobną rolę bufora pomiędzy młodą dziewczyną a resztą rodziny Iwaszkiewicz spełnił także wobec młodszej córki - Teresy, która w wieku 20 lat w sekrecie przed rodzicami wyszła za mąż za dyplomatę Eugeniusza Markowskiego i zamieszkała w Rzymie, a potem w Kanadzie. Adresowane do Teresy listy przedstawiają inną epokę życia Iwaszkiewicza niż listy do Marysi, pisane w okresie, gdy pisarz był prezesem Związku Literatów Polskich. Iwaszkiewicz opisuje niezliczone akademie ku czci, zebrania i inne obowiązki reprezentacyjne, które nieco go nudziły.
Polityka jest jednak tematem marginalnym, z listów można poznać codzienne życie Stawiska i jego domowników. Bohaterem wielu opowieści jest Wiesław Kępiński, przybrany syn Iwaszkiewiczów, który jako chłopiec cudem uratował się z rzezi Woli podczas Powstania Warszawskiego. Korespondencja Wiesława Kępińskiego z Iwaszkiewiczem ma zostać opublikowana w przyszłym roku.
W tomie, który grupuje wszystkie zachowane listy Iwaszkiewicza do córek, zamieszczono jedną tylko stronę korespondencji - głos ojca. Listy córek cytowane są niekiedy w przypisach.
Gotowanie może być sztuką, kucharz może być artystą, tak jak był nim Stanisław Czerniecki na dworze Lubomirskich w Wiśniczu. Zbiór jego przepisów wydany w 1682 r. pod tytułem Compendium Ferculorum uważany jest za pierwszą polską książkę kucharską.
To zaskakujące dzieło traktuje nie tylko o procedurach, w wyniku których powstanie jadalna potrawa. To książka o tym, jak pobudzać smak i wyobraźnię, jak zaskakiwać biesiadników, czarować ich wyglądem i sposobem wydania potraw.
Compendium Ferculorum Stanisława Czernieckiego w opracowaniu dr hab. Jarosława Dumanowskiego i Magdaleny Spychaj otwiera serię, którą poświęcamy kulturze stołu w epoce nowożytnej. Towarzyszyć jej będą współcześnie skomponowane, autorskie książki kucharskie, przekształcające staropolskie zalecenia w przepisy kulinarne dla potrzeb dzisiejszych smakoszy i uczestników planowanych przez nas, muzealnych programów edukacyjnych.
Król Jan III Sobieski, wojownik i mecenas sztuki, był wielkim smakoszem. Cieszymy się zatem, że to właśnie w Wilanowie, umiłowanej siedzibie króla, wydajemy siedemnastowieczną książkę kucharską w naukowym opracowaniu i w pięknej formie. Czytelniku #8211; przeczytaj ją ze smakiem.
Compendium ferculorum czyli zebranie potraw można kupić w sklepie internetowym lub w administracji Muzeum - tel. 22 651 64 47. Cena 70 zł
Książka jest efektem współpracy Muzeum Pałacu w Wilanowie, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i Fundacji Książąt Lubomirskich
W bardzo dobrej i docenionej (Nagroda Małego Kalibru) serii Z kotem (kryminały dla młodzieży) swoją premierę ma Czarny Maciek i wenecki starodruk.
Autorem książki jest Dariusz Rekosz (znany młodszym czytelnikom z serii Mors, Pinky i...). Jeśli wierzyć wydawnictwu, to powieść, od której nie można się oderwać nawet na chwilę. Czy warto wierzyć? Oczywiście. Kiedyś młodzi czytelnicy wychowywali się na doskonałych książkach Joanny Chmielewskiej (cykl o Janeczce i Pawełku), a teraz? Co Chmielewskie, to wciąż żywe, ale przydadzą się i inni autorzy. Może zatem warto spróbować z Rekoszem?
Dariusz Rekosz (specjalnie dla czytelników PL): - To nie jest książka dla maminsynków! Czy zdarzyło ci się kiedyś nawiać z budy i nie wrócić na noc do domu? Pewnie nie. A Czarnemu i owszem. Ale nie myśl sobie, że zdecydował się na to z powodu jakiejś tam pały na półrocze. Co to, to nie! W ręce jego kumpeli - Kaśki - wpadł bowiem drogocenny starodruk z XVIII wieku. I wówczas bohaterowie decydują się na szalony pomysł autostopowej wycieczki do Włoch, w celu zwrócenia książki właścicielom. Po piętach drepczą im jednak prawdziwi przestępcy, którzy nie przepuszczą jakiejkolwiek możliwości odzyskania starodruku. Będzie się działo! Gorąco polecam!
O książce - Pościgi samochodowe, policyjny helikopter, bomba i skradziony starodruk - wbrew pozorom to nie film akcji a najnowsza powieść Dariusza Rekosza. W ręce Kaśki Góreckiej wpada niezwykle cenna książka pochodząca z XVIII wieku. Miała być sprzedana na czarnym rynku, jednak dziewczynie udało się wykraść ją przestępcom. Razem z Czarnym i Kisielem wyruszają w szaloną podróż do Włoch, aby oddać starodruk właścicielowi. Przeszkodzić im chce najprawdziwsza szajka przemytnicza... Jednak w zetknięciu z młodymi detektywami to przestępcy powinni czuć się zagrożeni! Wartka akcja, wielka przygoda i kryminalna zagadka.
Fragment
Czwartkowe lekcje minęły bez większych sensacji. Jak się pewnie domyślacie, tego dnia byłem bardziej zainteresowany życiem naszej budy w czasie przerw. No i ciekaw też byłem, jak ze swojego zadania wywiąże się Kisiel. Po szkole pognałem do domu, jakby się paliło. Obiad pochłonąłem w rekordowym tempie. Mama już nawet nie pytała, dokąd się wybieram. Poranna rozmowa z ojcem na temat uprawiania sportu definitywnie załatwiła sprawę. Dla niepoznaki wypakowałem z plecaka wszystkie książki i zeszyty i wrzuciłem do niego reklamówkę z butami do nogi, po czym przywdziałem granatowo-czarny dres. Pełny kamuflaż! Tak przygotowany do meczu wybiegłem z domu. Musiałem nieco nadłożyć drogi, obawiając się, że mama będzie wyglądać oknem. Nasz Szałas znajdował się przecież zupełnie gdzie indziej niż park, w którym mieliśmy grać. Obszedłem pół osiedla, zanim skręciłem za stary pawilon, a potem przedarłem się przez krzaki do naszej kryjówki. Przyszedłem pierwszy. Miałem więc świetną okazję, żeby rozejrzeć się po Szałasie Herkulesa. Trzeba przyznać, że Kaśka wymyśliła to na medal. Prowizoryczny dach wcale nie był taki prowizoryczny. Warstwa cienkich listewek przykryta była czarną folią (zauważyłem to dopiero teraz), a na tym wszystkim leżały jedna przy drugiej porządne dechy. Dzięki temu nawet gdyby zaczął padać deszcz, można tu było siedzieć bez obaw, że się zmoknie. Tylną ścianę tworzyło stare ogrodzenie ogródków działkowych. Stare, bo po poszerzeniu ulicy Matejki ostatni ogródek rozebrano i została z niego tylko ściana, skonstruowana z dwóch płyt pilśniowych, wzmocnionych dodatkowo wykładziną #224; la linoleum. Wzmocnienie to miało dodatkową funkcję - wyciszało odgłosy dochodzące od strony ulicy Matejki. Co prawda nie była to zbyt ruchliwa ulica, ale i tak od czasu do czasu słyszało się tu warkot silnika. Kolejna ściana składała się z dwóch bardzo gęstych rzędów krzaków. Rosnące pod lekkim kątem powodowały, że pomieszczenie było właściwie pięciobokiem. Bok czwarty to kilkanaście desek przybitych solidnymi gwoździami do - stojących w pewnej odległości - drzew. Jak ona dała radę to wszystko zrobić sama, bez niczyjej pomocy? Nie mogłem wyjść z podziwu.
Tych, którzy tak jak ja zarwali noc na Kod da Vinci czy Anioły i demony, śpieszę zapewnić, że najnowszą powieść Dana Browna także zamyka się niechętnie i gdy już świta
Zgodnie z formułą Dana Browna, której nikomu chyba nie udało się jeszcze dobrze zaimitować, główna akcja dzieje się w ciągu już nawet nie jednej doby, ale jednej nocy. Z tym że tłem akcji nie jest Rzym ani Paryż, tylko amerykańska stolica.
Okazuje się jednak, że muzeum Smithsonian czy nawet siedziba Kongresu kryją w sobie dość architektonicznych łamigłówek i sekretnych korytarzy, żeby zmontować z tego typowy brownowski pościg za ukrytym skarbem.
Narracja podzielona jest na kilka równoległych wątków - śledzimy profesora Langdona, najwybitniejszego, bo jedynego symbologa na świecie, ale też inne postacie oraz przede wszystkim złoczyńcę.
Tym razem jest nim masoński renegat: osoba wiedząca podejrzanie dużo o tajnej organizacji, której historia nierozerwalnie związana jest z historią amerykańskiej demokracji. Grozi ujawnieniem masońskich powiązań waszyngtońskich elit, co wywołałoby polityczne trzęsienie ziemi. Jednocześnie sam chce dotrzeć do najpilniej strzeżonego sekretu masonów - tytułowego zaginionego symbolu - bo wierzy, że da mu to nadludzkie siły.
Brown prowadzi każdy z tych wątków tak, żeby zawierał cliffhanger, czyli moment, w którym może nastąpić zasadniczy zwrot akcji. Czy profesor Langon zginie? Czy zbrodniarzowi powinie się noga? Nawet jeśli domyślamy się, że akurat trochę za wcześnie na radykalne rozwiązania (bo o czym Brown pisałby wtedy przez następne kilkaset stron?), ciekawość pożera nas i tak. A tymczasem pisarz, zamiast od razu przejść do dalszego ciągu, wrzuca retrospektywę sprzed wielu lat albo nadrabia zaległości w równoległym wątku.
Czytamy więc cierpliwie, nie mogąc się doczekać kontynuacji wątku przerwanego w najciekawszym momencie. Nim do niej dojdziemy, Brown sprytnie podrzuci kolejne cliffhangery gdzie indziej. I tak strona po stronie, aż człowiek odkrywa, że już nawet nie ma po co nastawiać budzika.
Na tym zalety tej powieści się kończą. Oczywiście to tak, jakby napisać o ciężarówce, że jej zalety kończą się na tanim przewożeniu dużych ilości towarów. Nikogo nie zamierzam odwodzić od czytania.
Tym razem jednak Dan Brown wchodzi w obszar wiedzy, który z grubsza pokrywa się z moim wykształceniem - w nauki ścisłe. Nagle odkryłem, jak się mógł czuć zawodowy historyk czytający Kod Lenoarda da Vinci. Przyznaję, chwilami przez głupotę tej książki aż traciłem zainteresowanie walką profesora Langdona z tajemniczym Mal'akhem, który przeniknąwszy masońskie sekrety, chce zniszczyć amerykańską demokrację.
Miałem niedawno możliwość zapytania o to wprost samego Dana Browna, więc teraz już niemal na pewno wiem, że on szczerze wierzy w opisywane przez siebie teorie. Tym razem uwierzył w noetykę, kolejną próbę nadania parapsychologii ram pseudonaukowych.
Noetyka próbuje zmierzyć, czy siłą woli możemy zmienić wskazania fizycznych przyrządów albo czy można udowodnić, że mamy nieśmiertelną duszę. Tym dla instytutu założonego pewnego astronautę (naprawdę) zajmuje się Katherine Solomon (to dzięki niej Langdon znów będzie mieć u swojego boku atrakcyjną badaczkę z innej dziedziny, żeby oboje mogli sobie fachowymi pogawędkami skracać wędrówki po mrocznych korytarzach).
Katherine Solomon udowodniła istnienie duszy nieśmiertelnej, ważąc umierającego człowieka na niezwykle precyzyjnej wadze (Można na niej zważyć przedmioty o masie kilku mikrogramów - mówi). Tuż po śmierci waga ciała zmieniła się o ułamek grama - ergo, tyle ważyła dusza.
A ja przypomniałem sobie wtedy asystenta z pracowni analizy ilościowej, który zrobił wrażenie na studentach drugiego roku prostym eksperymentem dydaktycznym: zważył na precyzyjnej wadze monetę, a potem wytarł ją połą fartucha i zważył ponownie. Różnica sięgała miligrama. Nauka dla studentów była taka: powietrze wokół nas zawiera wilgoć, a nasze palce są mokre i zatłuszczone. Jeśli masz się posługiwać precyzyjną wagą mierzącą piąte miejsce po przecinku, musisz odciąć próbkę od źródeł wilgoci. Dotkniesz jej ręką, a już zmieni masę. Dlatego eksperymenty polegające na ważeniu próbki będącej żywą istotą po prostu nie mają sensu. Z przykrością stwierdziłem więc, że dr Salomon zostałaby wyrzucona za drzwi podczas wstępnego kolokwium. Osobę robiącą takie eksperymenty trzeba trzymać z daleka od wagi laboratoryjnej, bo ją zapewne zepsuje, radośnie nieświadoma, jak groźny może być sam jej oddech czy dotyk.
Podobnie jest z innym ulubionym dowodem noetyków na istnienie tzw. globalnej świadomości: utrzymują oni generatory liczb losowych, które podobno stają się mniej losowe, gdy ma miejsce jakieś ważkie wydarzenie - zamachy 11 września, tsunami w Azji czy śmierć księżnej Diany. Popularnonaukowy publicysta i redaktor serwisu Skeptic News Wally Hartshorn zauważył jednak, że nie wiedzieć czemu generatory nie wykryły tureckiego trzęsienia ziemi z 1999 r., choć przyniosło ono więcej ofiar niż 11 września.
Wygląda na to, że noetyczne generatory wykrywają tylko te katastrofy, które są spektakularnie nagłośnione w mediach - dlatego śmierć księżnej Diany daje mocniejszy odczyt niż tysiące ofiar ludobójstwa w Darfurze. Czy to więc miernik globalnej świadomości, czy cennik czasu reklamowego w telewizji?
No dobrze - ponarzekałem sobie, ale nie ulega wątpliwości, że rzucę się na następną powieść Dana Browna i oczywiście pójdę na film, w którym tych bzdur o globalnej świadomości będzie wysłuchiwać Tom Hanks. Mam tylko nadzieję, że kolejna dziewczyna Langdona będzie się specjalizować w czymś, o czym mam równie blade pojęcie, co o średniowiecznej Francji.
Historie świetne opowiedziane, dramatyczne, przejmujące #8211; małe arcydzieła pisarskiego realizmu. Premiera książki odbędzie się 17 lutego.
Z kolei 25 lutego, o godz. 18 w Domu Literatury w Warszawie (ul. Krakowskie Przedmieście 87/89) odbędzie się poświęcone jej spotkanie, które poprowadzi Iwona Smolka, a fragmenty przeczyta Krzysztof Gosztyła.
#8222;Są to wszystko historie prawdziwe, które zdarzyły się naprawdę lub mogły się zdarzyć, a ich tematy były zawsze obecne w literaturze. Bez nich #8211; jak sądzę #8211; literatura umiera. Bo umiera przecież bez narodzin, miłości, śmierci, wierności, niewierności i jeszcze #8211; tak ważnych dla nas #8211; wiary i nadziei#8221;.
Kazimierz Orłoś
W czwartek, 4 lutego o godz. 15 w Domu Literatury w Warszawie (ul. Krakowskie Przedmieście 87/89) odbędzie się panel dyskusyjny #8222;Kultura wysoka w drugim obiegu#8221; związana z edycją #8222;Kanonu Literatury Podziemnej#8221;.
W dyskusji, którą poprowadzi Krzysztof Masłoń udział wezmą: Janusz Anderman, Jacek Bocheński, Ryszard Bugajski, Janusz Głowacki, Marek Nowakowski, Kazimierz Orłoś, Wiesław Saniewski, Jacek Trznadel, Piotr Wierzbicki.
Organizatorami spotkania oraz wydawcami #8222;Kanonu#8221; są: Bellona oraz Oficyna Wydawnicza Volumen.
Patronat medialny nad #8222;Kanonem Literatur Podziemnej#8221; objęły m.in.: #8222;Magazyn Literacki KSIĄŻKI#8221;, #8222;Biblioteka Analiz#8221; oraz portal Rynek-Książki.pl.
3. lutego br. o godz. 18:00 gościem podróżniczego cyklu spotkań w Poleskim Ośrodku Sztuki będzie znany dziennikarz Jarosław Kret.
Zaprezentuje On m.in. swoją najnowszą książkę #8222;Moje Indie#8221;. Wstęp na spotkanie wolny.
Konkurs Filmów Amatorskich oraz Konkursu Etiud Studenckich Złote Mrówkojady odbędzie się w dniach 9-10 kwietnia 2010.